PRL
szaleje w sądach i prokuraturze - wśród niezdekomunizowanych polskich sędziów coraz częściej daje o
sobie znać brak obiektywizmu i jawna stronniczość
Z Gazeta Polska. Artykuł napisał: Pawel Paliwoda : Kategoria Wymiar
sprawiedliwości
Czym
różni się sędzia lub prokurator od inżyniera bądź górnika? Choćby
tym, że wyznawany światopogląd i sympatie polityczne nie mają żadnego
wpływu na efekty pracy w dwóch ostatnich profesjach. Budowa nagrywarki DVD
nie zależy od poglądów na lustrację czy karalność za aborcję u jej
konstruktorów. Górnik fedruje nie bacząc, czy w kraju rządzi lewica czy
prawica – w domu zostawiając swój pogląd na legalizację „małżeństw”
homoseksualnych. Inaczej jest z sędziami i prokuratorami. Ich światopogląd
nie powinien odgrywać, ale w praktyce odgrywa ogromną rolę w
orzecznictwie i sposobach reagowania na bezprawie. Dobitnym tego przykładem
jest faktyczna, choć sprzeczna z prawem, odmowa prokuratury i sądów ścigania
osób rozpowszechniających twardą pornografię.
Prokuratorzy
niejednokrotnie w podobnych sprawach zajmują krańcowo odmienne stanowiska.
Albo wszczynają postępowanie, albo nie. Wedle uznania. Sędziowie za
podobne przestępstwa raz wymierzają surowe kary, innym razem umorzają
sprawę z powodu „nikłej społecznej szkodliwości czynu”. Stronniczość
wielu sędziów stała się szczególnie widoczna po ostatnich wyborach i
dojściu do władzy PO, postrzeganej przez lewicową i liberalną
inteligencję jako partia ludzi światłych. Sędziowie także chcą uchodzić
za ludzi światłych. I w tym kręgu działa zatem moda na tolerancję wobec
przestępców i rezerwa wobec zwykłych obywateli oraz manifestuje się
sympatia wobec politycznych i obyczajowych „liberałów”.
Niejednokrotnie więc wydawane są w polskich sądach absurdalne lub wręcz
groteskowe werdykty na niekorzyść osób identyfikujących się z opozycyjną
prawicą. Często skarżący się na niskie płace ludzie w czarnych togach
aż nazbyt dobitnie manifestują na salach sądowych swoją władzę nad
podsądnymi i świadkami. W licznych przypadkach swój społeczny status próbują
utwierdzać krzykiem i arogancją. Nabywany tą drogą rzekomy prestiż ma
być psychologiczną rekompensatą za niskie uposażenie i ma sytuować sędziów
ponad zwykłym obywatelem.
Lizusów
na wolność, pieniaczy do psychuszki
Gdy widzę na ekranie telewizora młodą sędzię, która odczytuje
werdykt w kolejnej sprawie wytoczonej swoim adwersarzom przez Adama
Michnika, na ogół już wiem, jaki będzie jej finał. Jak na złość, w
większości przypadków w rozprawach o podkładzie politycznym, przewodniczącym
składu orzekającego jest młoda kobieta. Panny świeżo po studiach, bez
doświadczenia zawodowego i życiowego, często będące pod wpływem
politpoprawnej propagandy, dostępują w Polsce zaszczytu sprawowania
funkcji sędzi w imię Rzeczypospolitej. Często naburmuszone i obrażalskie
przekształcają rozprawy w konkurs wazeliniarstwa i podchlebiania się.
Kogo sędzia polubi i kto odpowiada jej estetyczno-ideologicznym poglądom,
ten ma niepomiernie większe szanse wygrania procesu niż ci, którzy swoje
racje wyrażają stanowczo, a na błędy i stronnicze decyzje sądu reagują
pismami do jego prezesa.
Jeżeli podsądny
jest w swej stanowczości konsekwentny, polemizuje z sądem bądź pozwala
sobie na krytyczne uwagi, grozi mu oprócz przegranej… szpital
psychiatryczny. Niebywałym sądowym skandalem, na który jeszcze większą
uwagę powinny zwrócić organizacje obrony praw człowieka, jest w
dzisiejszej Polsce lekkomyślne – a w niektórych przypadkach być może złośliwe
– wykorzystywanie przez sądy i prokuraturę szpitali psychiatrycznych
jako środka represyjnego wobec niepotulnych podsądnych. Kontrola NIK z
1997 roku ujawniła, że w tylko w latach 1995/97 na przymusową obserwację
psychiatryczną skierowano co najmniej 11,5 tys. osób! W wywiadzie dla
tygodnika „Ozon” z 2 listopada 2005 r. karnista profesor Zbigniew Hołda
mówił: „Niestety, bardzo wielu sędziów i prokuratorów nadużywa
swojej władzy i uprawnień do załatwiania prywatnych porachunków. W
takich wypadkach wolą nie pamiętać, że kodeks karny pozwala kierować
ludzi na przymusową obserwację psychiatryczną tylko w absolutnie wyjątkowych
sytuacjach. Furtkę do nadużyć pozostawia złe, bo dopuszczające
uznaniowość prawo. Zgodnie z artykułem 203 postępowania karnego zamknąć
w zakładzie psychiatrycznym można każdego podejrzanego, w stosunku do którego
biegli zgłoszą taką konieczność. Co oznacza >>konieczność<<,
kodeks nie precyzuje”. „Paranoja pieniacza” to diagnoza często
stawiana podsądnym, którzy zarzucają sądowi stronniczość. Zbigniew
Romaszewski (loc.cit.) mówił: „W PRL do szpitali psychiatrycznych trafiało
mniej zdrowych osób niż obecnie”. Zdaniem senatora, w III RP sędziowie
traktują skierowanie zdrowego, lecz niepokornego podsądnego do szpitala
psychiatrycznego jako formę represji. Z reguły pobyt w szpitalu trwa od
trzech do sześciu tygodni, ale może być wielokrotnie przedłużany.
Wniosek: w dzisiejszej Polsce wymiar sprawiedliwości niejednokrotnie
stosuje już nawet nie PRL-owskie, lecz sowieckie metody wobec często zupełnie
niewinnych obywateli.
Wrzask, ignorancja i złe maniery
Nigdzie na świecie sądy nie są miejscem, gdzie odczuwa się komfort
psychiczny. Ale polskie sądy są miejscami, które otacza szczególnie
ponura aura. Nazbyt często zdarza się w nich, że sędziowie traktują
ofiary i świadków gorzej niż sprawców przestępstw. Także podsądni, którym
winy jeszcze nie udowodniono, bywają traktowani obcesowo. Znany jest
przypadek, gdy zeznająca w sądzie kobieta w ciąży została przez sędziego
zmuszona do składania zeznań w pozycji stojącej przez wiele godzin. Zakończyło
się to jej zasłabnięciem. Kobietom, ofiarom przestępstw na tle
seksualnym, te same krępujące pytania bywają zadawane wielokrotnie zarówno
w prokuraturze, jak i na sali sądowej – przez sąd jak i obrońców oskarżonych
(mimo że protokół zeznań w prokuraturze zawiera odpowiedzi na nie). Na
łamach „Gazety Polskiej” o złych praktykach sądowych mówił
Krzysztof P. Orszagh: „Pamiętam sytuację, w której znalazło się małżeństwo
z USA – ludzie w podeszłym wieku, spokojni, kulturalni – biorące udział
w rozprawie sądowej w związku z morderstwem ich syna. To, co działo się
na sali sądowej, przekroczyło wszelkie granice. Prowadząca sprawę sędzia
Piwnik krzyczała na nich, strofowała, pouczała. Jej stosunek do
zrozpaczonych rodziców był nie tylko lodowaty, ale także pełen
opryskliwości. Wyglądało to tak, jakby oskarżonymi byli właśnie oni. Sędzia
Piwnik doprowadziła do czegoś, co nazywa się wtórną wiktymizacją
ofiar”.
Podobna
sytuacja przytrafiła się niedawno znanemu z prawicowych i prokościelnych
wypowiedzi filozofowi Bogusławowi Wolniewiczowi. Oto relacja profesora: –
Wracając w styczniu 2002 roku z sympozjum w Toruniu, zostałem w pociągu
okradziony. Policja – działając nadzwyczaj sprawnie – odzyskała większość
skradzionych rzeczy i zatrzymała na dworcu dwóch złodziei. Na rozprawę w
tej sprawie zostałem wezwany w charakterze świadka. Co mnie uderzyło już
na początku rozprawy, to to, że prowadząca sprawę młoda sędzia Iwona
Konopka odnosiła się z nadzwyczajną uprzejmością do obydwu opryszków,
natomiast mną zaczęła opryskliwie komenderować, pouczając, że usiadłem
w złym miejscu i co powinienem robić. Ja to zmilczałem. Prowadząca
rozprawę przystąpiła do sprawdzania personaliów oskarżonych. Wówczas
jeden z nich oznajmił, że leczy się na chorobę alkoholową. Pani Konopka
zareagowała natychmiast, zarządzając przerwanie rozprawy, podsądnego
bowiem należy skierować do badania psychiatrycznego. Wtedy poinformowałem
sąd, że chciałbym zgłosić wniosek. Miałem zamiar postulować umorzenie
sprawy. Na co pani sędzia podniesionym głosem odpowiedziała: „Nie! Świadek
nie ma prawa głosu!”. Zachowanie sędzi było sprzeczne z prawem, powinna
bowiem pouczyć mnie, że mogę mieć prawo głosu, o ile zadeklaruję, że
występuję jako oskarżyciel posiłkowy; kodeks postępowania karnego nakładał
na nią taki obowiązek, którego ona nie dopełniła. A przecież ja występowałem
na procesie nie tylko w charakterze świadka, ale także jako pokrzywdzony.
Proces odbywał się w moim interesie. W tej sytuacji oznajmiłem, że dalej
w tym procesie uczestniczył nie będę – wstałem i wyszedłem z sali.
Potem odbyło się jeszcze dwadzieścia rozpraw, na które byłem wzywany.
Ja, zgodnie z tym, co powiedziałem podczas pierwszej rozprawy, na żadną z
nich się nie stawiłem. Co kilka rozpraw nakładano na mnie grzywny – w
sumie ponad 6 tys. złotych. Za formalnie – choć nie merytorycznie –
zasadną można uznać tylko pierwszą grzywnę – za odmowę zeznań. Późniejsze
wzywanie mnie na kolejne rozprawy w sytuacji, gdy wyraźnie oświadczyłem,
że zeznawał nie będę, oraz związane z tym kolejne grzywny traktuję
jako szykany ze strony sądu. Takie postępowanie sądu jest również
sprzeczne z kodeksem postępowania karnego, który stanowi, że jeżeli świadek
odmawia zeznań, rozprawę można kontynuować na podstawie policyjnych
protokołów zeznań świadka czy pokrzywdzonego. Kilka dni temu przyszedł
do mnie komornik z sądowym nakazem ściagnięcia grzywny (po moich odwołaniach
zmniejszonej przez sąd do wysokości 2,1 tys. złotych). „Czy zapłacę?
Nie, nie zapłacę”. Już następnego dnia otrzymałem od komornika
zawiadomienie, że na poczet spłaty grzywny i odsetek od niej będzie mi się
potrącać jedną czwartą mojej emerytury. W tej sprawie zamierzam odwołać
się do Rzecznika Praw Obywatelskich, ale jego możliwości w tej sprawie są
raczej ograniczone. Jak oceniam całą tę sytuację? Rozprawę prowadziła
młoda panienka, którą charakteryzowała arogancja i poczucie bezkarności.
Odniosłem wrażenie, że w myśl polskiego prawa świadek to nie człowiek.
Prawo chroni przestępcę. To on ma zagwarantowane prawa, których nie ma świadek.
Pani Konopka działa w poczuciu, że może świadkiem pomiatać w dowolny
sposób. To jeden aspekt sprawy, ale wcale nie najważniejszy. Najgorsze
jest to, że sąd okręgowy stanął za nią murem – w kilku rozprawch
odwoławczych (złożyłem cztery odwołania od decyzji sądu niższej
instancji). Orzekały różne składy sędziowskie. Okazuje się jednak, że
w tym przypadku środowisko sędziowskie utrzymuje wspólny front przeciw
obywatelowi. Podejrzewam także, że ci ludzie, którzy prawdopodobnie znają
moje krytyczne wobec polskiego sądownictwa wypowiedzi, postanowili mi tym
razem dać nauczkę.
Nieprawidłowościom w działaniach sędziów towarzyszy brak pełnej za nie
odpowiedzialności. Dotyczy to zarówno aktywności zawodowej – za
uchybienia w której rozliczają się w ramach zawodowej korporacji – jak
i działań pozasądowych. Ustawa „Prawo o ustroju sądów powszechnych”
z lipca 2001 roku stanowi na przykład w artykule 81.: „Za wykroczenia sędzia
odpowiada wyłącznie dyscyplinarnie”. W artykule 80. czytamy zaś: „Sędzia
nie może być zatrzymany ani pociągnięty do odpowiedzialności karnej bez
zezwolenia właściwego sądu dyscyplinarnego”; „O zatrzymaniu sędziego
niezwłocznie powiadamia się prezesa sądu apelacyjnego właściwego ze
względu na miejsce zatrzymania”. Otwiera się tu pole dla korporacyjnej
solidarności. Sędziowie sami decydują o swojej odpowiedzialności. To
wzmaga w nich poczucie wyższości i bezkarności.
Sympatie i antypatie polityczne
„Durnia
mamy za prezydenta” – powiedział w 2007 roku w TVN24 Lech Wałęsa.
Komentując wypowiedź Lecha Kaczyńskiego, jakiej obecny prezydent udzielił
francuskiej telewizji France24, (Lech Kaczyński stwierdził w wywiadzie, że
prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego stanowiła mniejsze zagrożenie dla
demokracji niż obecna działalność Lecha Wałęsy), Lech Wałęsa napisał
na swojej stronie internetowej: „Jedno tu tylko słowo pasuje –
s…syn”. Niedawno prokuratura umorzyła postępowanie w tej sprawie. Lech
Wałęsa nie stanie przed sądem za obrazę głowy państwa. Katarzyna Seska,
Rzecznik Prokuratury Okręgowej, oświadczyła: „Nie doszło do znamion
czynu zabronionego” (cytaty za „Rzeczpospolitą” z 7 marca 2008 r.). Sprawa
ta przypomina sławetny casus bezdomnego z Dworca Centralnego w Warszawie,
Huberta H., którego policja miesiącami tropiła w całej Polsce, po tym
gdy podczas legitymowania zelżył głowę państwa. Ostatecznie został on
skazany na trzy lata więzienia z zawieszeniem wykonania wyroku na dwa lata.
Ciekawe, ile lat więzienia – i czy w zawieszeniu – ten sam sąd
wymierzyłby Lechowi Wałęsie.
Szczególny przypadek w procesach, w których
na werdyktach sądowych może ważyć polityczne i światopoglądowe ukształtowanie
sędziego, stanowią sądowe potyczki redaktora naczelnego „Gazety
Wyborczej” Adama Michnika. Niemal wszystkie zwycięskie, choć wydawane w
ich trakcie orzeczenia sądowe opierały się na kontrowersyjnych
interpretacjach słów wypowiedzianych lub napisanych na jego temat. W
przypadkach stanowczej krytyki jego osoby, Michnik stosuje strategię
natychmiastowych ripost w postaci zawiadomień o popełnieniu przestępstwa.
Dotychczasowe doświadczenia musiały upewnić go, że jest to skuteczna
strategia odstraszająca adwersarzy.
W
2008 r. za nazwanie Adama Michnika „obrońcą agentów” Sąd Apelacyjny
w Warszawie nakazał Andrzejowi Zybertowiczowi, profesorowi socjologii,
publiczne przeprosiny za podanie nieprawdy i obciążył go grzywną w
wysokości 10 tysięcy złotych do wpłacenia na cel społeczny. Ale czy
profesor Zybertowicz nie użył tu myślowego skrótu i szyderczej przenośni,
obejmującej setki wypowiedzi Adama Michnika surowo piętnujące proces
lustracji i metody działania Instytutu Pamięci Narodowej? W reakcji na
werdykt sądu „Rzeczpospolita” opublikowała list otwarty, podpisany
przez ponad 5 tys. osób będący wyrazem solidarności z Andrzejem
Zybertowiczem oraz domagający się rozstrzygania spornych kwestii ideowych
na drodze publicznej debaty, w miejsce stosowania sądowego straszaka.
Podobne werdykty zapadały w innych
sprawach. Chodziło o słowa. Publicystyczne sformułowania, które wymagają
wyrazistości, a nie obwijania prawdy w bawełnę, były przez sądy z reguły
interpretowane dosłownie. Adam Michnik nie występował w sądach jako
adwokat funkcjonariuszy SB czy tajnych współpracowników SB. A jednak swoją
publicystyką na łamach bardzo wpływowego dziennika o wielkim nakładzie
miał wpływ na losy lustracji i świadomość wielu ludzi w Polsce. Tego sądy
różnych instancji na ogół uwzględnić nie chciały. W roku 2006 Adam
Michnik pozwał Rafała Ziemkiewicza za stwierdzenie, że Adam Michnik
“robił wszystko, abyśmy nie poznali nazwisk komunistycznych
zbrodniarzy”. I proces wygrał. W roku 2007 Michnik pozywał Jarosława
Gowina za słowa: “Pamiętam, jak wiele lat temu za poparcie idei
lustracji zostałem przez Michnika nazwany faszystą”. Sąd ustalił, że
w tekście, na który powoływał się Jarosław Gowin, Michnik nie użył słowa
„faszysta”, lecz postawę Gowina porównał do apartheidu. Werdykt z
2008 roku i tym razem był korzystny dla Michnika (słowo nie to, więc
Gowin mówił nieprawdę). W roku 2007 Adam Michnik wytoczył proces
Robertowi Krasowskiemu, wówczas redaktorowi naczelnemu „Dziennika” za
stwierdzenie, że „poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych
ubeków”. Jeszcze w 2007 r. sąd wydaje orzeczenie korzystne dla Michnika.
Wyrok nie uprawomocnił się.
Innym
ciekawym przypadkiem podobnego rodzaju było dwurundowe starcie sądowe
publicysty „Polityki” Jacka Żakowskiego z tygodnikiem „Wprost”. W
roku 2004 w „Polityce” ukazał się wywiad Jacka Żakowskiego ze Sławomirem
Smołokowskim, współwłaścicielem spółki J&S, głównego dostawcy
ropy na polski rynek. W mediach firmę tę wymieniano często w kontekście
afery paliwowej. Tygodnik “Wprost”, który już wcześniej krytycznie
pisał o firmie J&S, opublikował w związku z wywiadem trzy teksty, w
których sugerował związki Żakowskiego z J&S i korzyści, jakie mogła
z wywiadu odnieść „Polityka”, a także że do wywiadu doszło dzięki
znajomości Żakowskiego z Piotrem Najsztubem, który świadczył J&S usługi
pijarowskie.
Żakowski zareagował na łamach „Polityki” artykułem „Śledztwo we własnej
sprawie, czyli jak zostałem agentem”.
We wrześniu 2006 r. warszawski Sąd Okręgowy orzekł, że tygodnik
“Wprost” zniesławiał Żakowskiego i „Politykę”. Niezwykle ciekawa
i charakterystyczna jest uwaga, jaką podczas odczytywania uzasadnienia
wyroku poczyniła sędzia Kuracka. Stwierdziła ona: „Miesza się z błotem
autorytety, nie mając dowodów, własne słabości próbuje się nadrobić
atakiem, by zwrócić uwagę na siebie”. Tym samym sędzia jednoznacznie
poinformowała, kto dla niej jest autorytetem. A autorytety zawsze mówią
prawdę.
Tygodnikowi
„Wprost” rewanż nie udał się. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił
apelację „Wprost” od wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, który w
2007 r. oddalił jego powództwo przeciw redaktorowi naczelnemu
“Polityki” Jerzemu Baczyńskiemu. We wspomnianym tekście Żakowskiego
znalazło się stwierdzenie, że „Wprost” należy do pism, „które z kłamstwa
oraz insynuacji zrobiły biznes i narzędzie załatwiania własnych
porachunków”. Sędzia Zofia Markowska stwierdziła w uzasadnieniu wyroku
m.in., że słowa Żakowskiego nie stanowią „nieuzasadnionej
generalizacji” (co podnosiła strona powodowa), gdyż „Polityka” piórem
Żakowskiego odniosła się do konkretnej sprawy. Jak się Państwu podoba
takie wyjaśnienie?
Wydawało
się, że po kieszeni dostanie także Jerzy Robert Nowak, który w październiku
2007 r. na łamach „Naszego Dziennika” opublikował tekst, w którym
znalazło się zdanie na temat przeszłości Stefana Niesiołowskiego: „ciągle
przedstawia się go jako rzekomego herosa opozycji antykomunistycznej. Jest
to w sprzeczności z faktem, że był na liście Milczanowskiego oraz tym,
że po uwięzieniu za udział w nielegalnym >>Ruchu<< zaczął
na wszystkich sypać zaraz pierwszego dnia po uwięzieniu”. Pozew Niesiołowskiego
przeciw autorowi tekstu trafił do Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście.
Pod nieobecność obwinionego (który nie został prawidłowo przez sąd
poinformowany o dacie i miejscu rozprawy), sąd uznał racje Niesiołowskiego
i wymierzył profesorowi Nowakowi grzywnę w wysokości 3 tys. złotych.
Rozprawa jednak została unieważniona z uwagi na wspomniane błędy
formalne. Tak czy inaczej werdykt sądu musi budzić głębokie zdumienie. Słusznie
czy nie, Stefan Niesiołowski został umieszczony na tzw. liście
Milczanowskiego. Aresztowany został w dniu 20 czerwca 1970 roku. Faktem
jest, że zeznania obciążające najbliższych współpracowników – w
tym własnego brata Marka – złożył dzień później, tj. 21 czerwca. W
protokole przesłuchania w KM MO w Łodzi, prowadzonego przez porucznika
Dariusza Borowczaka, znajdujemy cytat z zeznań Niesiołowskiego:
„Przyznaję się do winy w przedmiocie przedstawionego mi zarzutu i wyjaśniam,
co następuje: …” . Następnie w protokole widnieje dopisek następującej
treści: „(tu padają nazwiska najbliższych i przyjaciół, brata Marka,
Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego)”. Portal
Niezalezna.pl jako pierwszy dotarł do protokołów przesłuchań Stefana
Niesiołowskiego z 1970 roku. Protokoły można pobrać tutaj: http://www.niezalezna.pl/article/show/id/12385 .
A zatem Jerzy Robert Nowak pomylił się o 24 godziny. Tylko to wystarczyło
sądowi, by uznać go winnym naruszenia dóbr osobistych Stefana Niesiołowskiego.
Pro domo sua
15 lipca pobity został rekord w nękaniu
„Gazety Polskiej” przez sądy i prokuraturę. W tym dniu Tomasz
Sakiewicz, redaktor naczelny tygodnika, odebrał aż trzy wezwania na przesłuchania
w prokuraturze. Pierwsze z nich nakazuje naczelnemu „GP” stawienie się
na przesłuchanie w tym samym dniu – 15 lipca (przed południem)! Równocześnie
wezwanie zawiera groźby – w przypadku niestawienia się – nałożenia
kary pieniężnej oraz przymusowego doprowadzenia do prokuratury. Drugie
wezwanie wzywa Tomasza Sakiewicza do „podania składu osobowego
redakcji” z okresu, gdy w „GP” opublikowany został będący
przedmiotem dochodzenia artykuł. Prokuratura żąda ponadto, aby Tomasz
Sakiewicz ujawnił autora tej publikacji kryjącego się pod inicjałami „ZP”.
Mamy więc tutaj próbę naruszenia tajemnicy dziennikarskiej, zagwarantowaną
w Prawie Prasowym (art. 15: „Autorowi
materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swego
nazwiska”; „Dziennikarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy:
1. danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego,
listu do redakcji lub innego materiału o tym charakterze, jak również
innych osób udzielających informacji opublikowanych albo przekazanych do
opublikowania, jeżeli osoby te zastrzegły nieujawnianie powyższych
danych”).
„Ciekawe,
co by się działo, gdyby jednego dnia trzy wezwania do prokuratury dostał
np. Adam Michnik? Jaką burzę wywołałoby to w największych gazetach, w
telewizji i wśród organizacji broniących wolności obywatelskich?”
–
skomentował tę sytuację Tomasz Sakiewicz.
Co
z tym wszystkim począć?
Co zrobić, aby było sprawiedliwiej, mniej
ideologicznie, mniej po PRL-owsku?
Po pierwsze, należy jak najszybciej usunąć
z wymiaru sprawiedliwości wszystkich sędziów i prokuratorów, którzy
nagannie zachowywali się w okresie PRL – w procesach politycznych
odgrywali aktywną, zgodną z linią partii komunistycznej rolę. Ich ciągła
obecność w sądach i prokuraturze sprzyja przenoszeniu do teraźniejszości
starych praktyk.
Po
drugie,
należy wyłączyć odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów (ale także
wszystkich innych grup zawodowych) spod jurysdykcji korporacyjnej.
Stowarzyszenie Ius et lex proponuje utworzenie instancji dyscyplinarnej złożonej
z osób powyżej 50 lat, delegowanych ze wszystkich korporacji. Byliby to sędziowie
dożywotni, bez prawa powrotu do własnej korporacji.
Po
trzecie, przebudować system awansu zawodowego sędziów w taki sposób,
aby jak najściślej odzwierciedlał on zasób zgromadzonego przez nich doświadczenia
zawodowego i życiowego. W ten sposób wyżyny kariery zawodowej – a tym
samym największą władzę w sądownictwie – osiągaliby ludzie doświadczeni
i stateczni.
Po
czwarte, umożliwić opinii publicznej współmodelowanie wymiaru
sprawiedliwości. Być może posłużyłyby temu bezpośrednie wybory sędziów
sądów niższej instancji albo/i prezesa Sądu Najwyższego.
Po
piąte - to już zadanie dla polityków, mediów i organizacji społecznych
– przeciwdziałać przejawom ideologizacji sądownictwa i procesu kształcenia
przyszłych sędziów. Bez tego nawet najsprawniejsze sądy zamiast
sprawiedliwie sądzić i karać mogą się z bandytami pieścić, a nami
pomiatać.
Po
szóste, należy na śmietnik wyrzucić zabobon upowszechniany przez
środowiska prawnicze – że werdyktów sądowych się nie ocenia. Nie ma
żadnych racjonalnych wskazań, aby tego nie robić. Przeciwnie. Wolne media
mają obowiązek monitorować działania także trzeciej władzy. Nie ma
powodu, aby właśnie jej przyznawać szczególne przywileje. Są natomiast
powody, aby uważnie przyglądać się jej pracy.
Krytyka
wyroków sądowych nie jest godzeniem w niezawisłość sędziowską. Nadmiar
prawa prowadzi do patologii w zarządzaniu państwem - Profesor Bronisław
Ziemianin
Tematy
w dziale dla
inteligentnych:
ARTYKUŁY - do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA
Polecam
sprawy poruszane w działach:
SĄDY
PROKURATURA
ADWOKATURA
POLITYKA
PRAWO
INTERWENCJE
- sprawy czytelników
"AFERY PRAWA"
Niezależne Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
redagowane przez dziennikarzy AP i sympatyków
z całego świata których celem jest PRAWO, PRAWDA
SPRAWIEDLIWOŚĆ DOSTĘP DO INFORMACJI
ORAZ DOBRO CZŁOWIEKA
|
uwagi i wnioski
proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
- Polska
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy za przysłane
teksty opinie i informacje.
|
WSZYSTKICH
INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH
POGLĄDÓW JEST
ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.
| Komentuje: TEM |
2009-08-21 |
| no wkońcu dostalem sie do SADU mój czas to se porządzę będę milionerem w świetle chwały i trwogi |
| |
|
| Komentuje: zosiaZIRIS@INTERIA.EU |
2009-08-15 |
| SEKCJA POLSKA MIĘDZYNARODOWEJ KOMISJI PRAWNIKOW CO ROKU OGŁASZA KONKURS NA NAJLEPSZEGO SEDZIEGO(UZASADNIENIE WYROKU) POD PATRONATEN NASZYCH "NAJWYBITNIEJSZYCH" ZOLLA GARDOCKIEGO I INNYCH. W AFERACH PRAWA POWINNISMY OGLOSIC KONGURS NA NAJWIEKSZEGO półgłowka sądu RP.Typuję swoich kandydatow :SSO Lucyna Juszczyk. SSO Ewa Macek, SRR Kinga Marczak. (bez delegacji) Skład sądu apelacyjnego w Krakowie.Tym wybitnym specjalistkom od przekrętow udało się uwolnić sprawcę od popełnienia przestępstwa przywłaszczenia, bowiem czynu nie popełniono. Zagarnięte w 1989-2003 r. mienie zdązył częsciowo zainwestować na rzecz pokrzywdzonych dwadzieścia lat wcześniej!!!Argumenty w postaci dowodow bankowych i zeznania swiadkow to twierdzenia "gołosłowne" Najsmiejsze jest to, że pokrzywdzonymi były inne osoby niz objeta aktem oskarzenia !!! Opublikujemy !!! |
| |
|
| Komentuje: sad |
2009-08-15 |
| to chyba normale kto da więcej wygrywa. |
| |
|
| Komentuje: dżejbikej |
2009-08-06 |
| Nieprawdą jest, że przestępczość jaka uprawiana jest w sądach (i nie tylko) III RP, to spuścizna PRL. W PRL sędziowie byli usuwalni, w III RP - nie, i pełnią swe funkcje dożywotnio. W PRL, jeżeli sedziemu uchylono 2-3 -krotnie wyrok, to żegnał się z zawodem, lub przechodził do pracy w archiwum (i nie sądził, że sądzi). W III RP awansuje! W PRL są z ustawy był zobowiązany do pouczania strony o jej prawach oraz sposobie prawidłowego działania przed sądem. W III RP sędziowie nagminnie łamią prawo, i oszukuje bezczelnie w żywe oczy. Bezkarnie!
Ostatnio dowiedzieliśmy się, że po 4 latach więzienia, człowieka dwukrotnie skazywanego na 25 lat więzienia - uniewinnniono. Pyrtanie: czy sędziowie, którzy skazywali tego człowieka bez cienia dowodu(!) zostaną pociągnięci do odpowiedzialnoiści? Ytrzymam zakład, że - nie! Bużka!
Przestańcie się łudzić! Żyjemy w kraju psychopatycznie przestępczym, i dlatego w Europie i na świecie przystąpili do likwidacji tego bagna. Skorzyścią także dla normalnych Polaków! Proste? |
| |
|
| Komentuje: przekrety władzy PZPR |
2009-08-06 |
| http://www.ithink.pl/artykuly/aktualnosci/polska/jezus-ale-afera/ |
| |
|
| Komentuje: kapLica |
2009-08-05 |
| redaktorze a może o aferze jak to w sądzie Jelenia Góra podczas rozprawy rozstrzelano 3 młodych bo za dużo wiedzieli. Zapytajcie protokolantkę Alinę, Albo z tamtych rejonów od afery paliwowej najwiękrzej w Polsce albo Cioska, Kaucza, Szmajdzińskiego, Schetynę, Matejuka..... |
| |
|
| Komentuje: żeźnik |
2009-08-05 |
| żądamy redaktorze art o wrocławskich urzędasach przekrętasach. Niech Pan zdobędzie materiały o domu dziecka "Klementynka" czy jakoś tak jak to prezydent na bruk posłał biedne dzieci z domu dziecka. |
| |
|
[1] 2
|