|
AFERY PRAWA PRAWO PATENTOWE SĄD NAD RZĄDEM CZY RZĄD NAD SĄDEM?
Filipowicz
- Sąd
nad Rządem, czy Rząd nad Sądem?
Wyrok Sądu
Najwyższego jest wyrokiem ostatecznym. Dokonana w nim ocena działań wysokich
urzędników państwowych jest jednocześnie dyrektywą dla przełożonych, co w
takiej sytuacji obowiązani są zrobić. Co zrobi premier Donald Tusk, wkrótce się okaże.
Stan
państwa prawnego
Przed Sądem
Najwyższym – 19 lutego, sygn. akt II
PK 256/07 – odbyła się rozprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu
Rzeczypospolitej Polskiej. Przedmiotem rozpoznawania skargi kasacyjnej był sposób
potraktowania byłego dyrektora w UP RP, który objął stanowisko w wyniku
wygranego konkursu.
Zatrudnionemu
na 3 miesiące, rzekomo w celu sprawdzenia jego przydatności, po upływie
terminu, kierownictwo Urzędu odmówiło podpisania następnej umowy. Bez
podania powodów. A właściwie z podaniem, bo pracodawca ma prawo i tyle.
Niezupełnie.
Nawet w prywatnych firmach naruszenie prawa, naruszenie zasad współżycia społecznego
też nie korzystają z ochrony prawnej – art. 8 Kodeksu Pracy. Tu zaś chodzi
o urząd administracji publicznej, do którego stosuje się cały wachlarz
innych przepisów, wyłączających dowolność postępowania.
Bardziej
szczegółowe opisy postępowania kierownictwa Urzędu Patentowego RP, na
przestrzeni kilku lat, przedstawiane były w wielu tekstach. M.in. „Dyrektora
na chwilę przyjmę”, „My czyści, my przejrzyści”, „Criminal-Prezes
dance”, „Patent na tanie państwo”, „Syndrom „lub czasopisma”, czy
Postępowania zaciemniające”. Wszystkie dostępne w sieci.
Sąd Najwyższy,
uzasadniając wyrok uchylający wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie dokonał
druzgocącej oceny zarówno składu orzekającego w II instancji, jak też
przede wszystkim kierownictwa Urzędu Patentowego RP.
Wprawdzie
wyroki SN są ostateczne i nabierają mocy z chwilą ogłoszenia, jednakże na
bardziej szczegółowe wnioski i konkluzje trzeba trochę poczekać do czasu
sporządzenia pisemnego uzasadnienia. Ale już na podstawie ustnie wygłaszanych
tez i twierdzeń, oceniających urzędników administracji rządowej wysokich
szczebli, można ocenić faktyczny stan państwa.
Tymczasem
wystarczy przypomnieć fragment wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie: (sygn.
akt VII P 464 /06)
„(…)Czynność prawna stron w postaci zawarcia umowy o pracę na czas określony
była jak już wskazano
wyżej sprzeczna z zasadami współżycia społecznego,
ale nie była sprzeczna z prawem,
bowiem została zawarta w granicach zakreślonych przez ustawodawcę w treści
przepisu art. 48 ust 3. Zmierzała jednak do obejścia prawa.
Cel
obejścia ustawy polega bowiem
na takim ukształtowaniu treści umowy, które pozornie nie sprzeciwia się ustawie, ale w rzeczywistości zmierza do zrealizowania
celu przez nią zakazanego. Umowie o pracę
nienaruszającej w tym wypadku art. 48 ust 3 ustawy można stawiać zarzut
zawarcia w celu obejścia prawa, gdyż jej cel dyktowany był wyłącznie chęcią
pozornej realizacji wyniku konkursu, a w
efekcie zmierzał do jego zanegowania. Mając
na względzie powyższe rozważania Sąd na zasadzie art. 59 kp w związku z art.
56 kp zasądził na rzecz powoda odszkodowanie (...)”.
Sąd nad Rządem
Sąd Najwyższy nie tylko podzielił stanowisko Sądu I
instancji, ale w swojej jednoznaczności ocen poszedł jeszcze dalej. W państwie,
które chce uchodzić za demokratyczne i prawne, mające ambicje porównywania
się do demokracji państw zachodnich, ten wyrok SN byłby wyrokiem dla
funkcjonariuszy publicznych.
Różnie wprawdzie bywa z tymi demokracjami, niejedno się tam
wydarza, co bulwersuje opinię publiczną. Kiedy jednak na światło dzienne, do
wiadomości społeczeństwa docierają wiadomości o zjawiskach nawet dużo lżejszej
rangi, niż to, co wynika z przytoczonego fragmentu wyroku, reakcje i społeczeństwa,
i władzy są jednoznaczne i zdecydowane.
Tytułem przykładu można przywołać nie tak dawne szwedzkie
doświadczenia. Dwóch ministrów, po ujawnieniu, w jednym przypadku uchylania
się od opłat abonamentowych, w drugim zatrudniania na czarno gosposi, już
następnego dnia przestało być ministrami.
I nikt nie czekał na żadne sądy, odwołania, nikt nie
podejmował prób racjonalizowania czy innych ekwilibrystyk retorycznych, by
sprawy zamazać, zagadać, a w końcu ukryć. Wystarczyło samo ujawnienie
sprzeniewierzenia się przez wysokich urzędników państwowych zasadom służby
publicznej.
Jeżeli ocena w najwyższej
instancji potwierdza, że wysocy urzędnicy administracji rządowej dopuścili
się naruszenia zasad współżycia społecznego, to nie ma tu miejsca na jakieś
pozorowane rozważania o ewentualnych błędach w zarządzaniu. Jeżeli jeszcze
Sąd stwierdza działania w celu ominięcia przepisów prawa przez wysokich
funkcjonariuszy publicznych, to w faktycznie demokratycznych systemach prawnych
oznaczałoby to dla tych funkcjonariuszy śmierć cywilną.
Zwłaszcza, gdy wyrok taki dotyczy
osób tzw. zaufania publicznego, na dodatek wykładowcy akademickiego, w tym
zasad etyki, wychowawcy młodzieży. Jak odbierać to będą studenci Politechniki Świętokrzyskiej, nie wiadomo. Ale można przypuszczać,
że jakiejś części będzie przykro.
Można, rzecz jasna, udawać brak
wiedzy na ten temat. Mimo, że publikacje prasowe w gazetach prawnych już się
ukazały i poszły w świat. Skąpe wprawdzie i wykazujące jakiś zadziwiający
brak zrozumienia istoty tego wyroku. Sprowadzanie go do jakiejś pojedynczej
sprawy sporu pracownika z pracodawcą, jakich są setki, jest całkowitym
nieporozumieniem.
Sąd Najwyższy w istocie ocenił tu
system państwa, który poprzez pryzmat działania kierownictwa Urzędu
Patentowego RP ukazał rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia na co dzień.
Ten obraz jest porażający.
A przecież to tylko drobny wycinek,
okruch zaledwie tej mrocznej rzeczywistości. Jest o tym szerzej w wymienionych
wyżej artykułach. Również o innych urzędach administracji rządowej.
Słychać teraz o planowanej
kontroli NIK w stołecznym Ratuszu, gdzie badane mają być sposoby
przeprowadzania konkursów na kierownicze stanowiska. Oczywiście, też dopiero
po publikacjach prasowych. I to publikacjach określonych mediów, bo wcześniejsze
publikacje na te same tematy – o konkursach w samorządach, np. „Przejrzystość
niezupełna” - dziwnymi zrządzeniami nie trafiały do właściwych czynników.
Choć do połowy kraju i kawałka świata
trafiają bez przeszkód.
Aby więc i tym razem ponownie nie
umknęły uwadze rządu, z przyczyn tajemniczych, informacje o stanie państwa i
kondycji kadr w administracji rządowej, kopię wyroku SN, otrzymają imiennie,
m.in. tak premier Donald Tusk, jak i wicepremier Waldemar Pawlak, który jako
Minister Gospodarki jest organem nadzoru nad Urzędem Patentowym RP.
Sąd
nad Sądem
Wyrok Sądu Najwyższego w tej
sprawie stanowi też ocenę zespołu orzekającego Sądu Okręgowego w Warszawie
(sygn. akt XII Pa 397/06).
Po wyroku Sądu I instancji należało
się spodziewać, że już to stanowić będzie poważny sygnał dla rządu, by
baczniej przyjrzeć się działaniom Urzędu Patentowego RP. Jak zadziałały
mechanizmy szwedzkie, mieliśmy przykład. Jednak RP, jak się okazuje, dzieli
od Szwecji, w sensie mentalnym, nie niewielkie morze, lecz kilka sporych oceanów.
Urzędnicy rządowi, co było do
przewidzenia, zasłonili się oczekiwaniami na prawomocny wyrok Sądu Okręgowego,
do którego obie strony wniosły apelację. W zasadzie słusznie o tyle, że
dopiero wyrok prawomocny ma powagę rzeczy osądzonej. Jednakże nie chodziło
przecież o natychmiastowe i drastyczne decyzje, ale tylko, a może aż o wszczęcie
drobiazgowej kontroli w materii, jaką Sąd I instancji ocenił w wyroku.
Tymczasem
nie tylko nie zrobiono nic, ale nawet przeciwnie, zorganizowano w czasie
oczekiwania na rozprawę przed SO konkurs na prezesa Urzędu Patentowego RP, który
– jakżeby inaczej – Alicja Adamczak wygrała. Jako jedyny kandydat w tym
konkursie.
Szczegóły tego konkursu też są
ciekawe. Jak choćby już sam fakt, że do konkursu dopuszczono osobę,
przeciwko której zapadł wyrok sądowy. Należało przynajmniej zawiesić postępowanie
konkursowe do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia.
Urzędnicy czekać nie zamierzali.
Zupełnie tak, jakby z góry wiedzieli, że wyrok w Sądzie Rejonowym zostanie
unicestwiony. I nie zawiedli się. Sąd Okręgowy – po roku od wniesienia
apelacji - całkowicie zmienił
wyrok na korzyść pozwanego Urzędu Patentowego RP.
Zmiana wyroku sama w sobie nie
stanowi jeszcze jakiejś szczególnej osobliwości. Zwłaszcza, gdy w grę
wchodzą przepisy, co do których istnieją możliwości różnych
interpretacji. Jednakże to, czego dokonał Sąd Okręgowy w Warszawie zjeżyło
włosy na głowie wielu prawnikom.
Sąd II instancji nie dokonał
odmiennej interpretacji przepisów, będących podstawą orzekania w sprawie,
ale w ogóle przyjął za podstawę zupełnie inne przepisy. Takie, które w tej
konkretnej sprawie nie mogły mieć zastosowania.
Nie dość, że dotyczyły naboru na
wolne stanowiska w służbie cywilnej, a nie konkursów na wyższe stanowiska,
to na dodatek do osoby powoda nie mogły mieć zastosowania w żadnej sytuacji.
Wynikało to wprost z samej treści przepisów i stanu faktycznego.
Potwierdził to w wyroku Sąd Najwyższy,
krótko i zwięźle odrzucając tak ustalone przez SO podstawy prawne. SN nawet
nie uznał za stosowne tracić czasu i słów, by w tej materii w ogóle
podejmować jakieś rozważania.
Tym samym SN wskazał w sposób
bezsporny, że wyrok SO był niezgodny z prawem.
Rząd
nad Sądem?
Czy w tej sytuacji należy rozumieć,
że troje sędziów zawodowych to analfabeci? Czy w grę weszły jakieś inne
czynniki? Na te pytania odpowie – być może samej sobie – Krajowa Rada Sądownicza.
Powinien też coś z tą sprawą, być może poziomu kwalifikacji sędziów Sądu
Okręgowego w Warszawie, zrobić Prezes SO?
Nie ma tu bowiem mowy o błędnej
wykładni czy kontrowersyjnej interpretacji prawa. Jeśli więc nie wtórny
analfabetyzm składu orzekającego, to co się wydarzyło? Może Minister
Sprawiedliwości znajdzie jakieś racjonalne wyjaśnienie treści tego wyroku SO?
Być może też pytania te skłonią
do postawienia innych i poszukania na nie odpowiedzi. Na przykład, dlaczego
prezes Urzędu Patentowego RP, doktor nauk prawnych, po aplikacji sędziowskiej,
Alicja Adamczak, z taką determinacją broniła się przez lata, wbrew prawu,
przed przeprowadzaniem konkursów na stanowiska dyrektorów?
A konkursy, które były
przeprowadzane, gdzie w komisjach zasiadał Cezary Pyl, wówczas – podobno -
jako zastępujący dyrektora generalnego, obecnie dyrektor generalny UP RP,
doprowadzano do unieważnienia lub ich wyniki niweczono tak, jak w opisywanej
sprawie?
Skąd bierze się ten, można
powiedzieć, paniczny wręcz strach przed wysoko wykwalifikowanymi „obcymi”
na stanowiskach kierowniczych w UP RP? Dlatego, że „obcy”, czy dlatego, że
fachowcy?
A może jedno i drugie łącznie?
Witold
Filipowicz
Warszawa,
luty 2008 r.
mifin@wp.pl
Polecam
sprawy poruszane w działach:
SĄDY
PROKURATURA
ADWOKATURA
POLITYKA
PRAWO
INTERWENCJE
- sprawy czytelników
Tematy w dziale dla
inteligentnych:
ARTYKUŁY - tematy do przemyślenia z cyklu: POLITYKA - PIENIĄDZ - WŁADZA
"AFERY
PRAWA" - Niezależne
Czasopismo Internetowe www.aferyprawa.com
Stowarzyszenia Ochrony Praw Obywatelskich
Zespół redakcyjny: Zdzisław Raczkowski, Witold Ligezowski, Małgorzata
Madziar, Emilia Cenacewicz, Zygfryd Wilk, Bogdan Goczyński, Zygmunt Jan
Prusiński oraz wielu niejawnych sympatyków AP |
uwagi i wnioski proszę wysyłać na adres: afery@poczta.fm
redakcja@aferyprawa.com
Dziękujemy
za przysłane teksty opinie i informacje.
|
WSZYSTKICH
INFORMUJĘ ŻE WOLNOŚĆ WYPOWIEDZI I SWOBODA WYRAŻANIA SWOICH POGLĄDÓW JEST
ZAGWARANTOWANA ART 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.
|